Na lotnisku

Tak nas rodzinka witała na lotnisku w Gdańsku. Zrobili trochę szumu i zamieszania.. ale i tak było fajnie :)  Dziękujemy🙂

lot 4Kliknij na zdjęcia, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , | 10 komentarzy

Dziękujemy Japonio !!!

Ostatni dzień w Sapporo spędziliśmy na bieganiu po sklepach by uzupełnić pamiątkowe zasoby. Wieczorem byliśmy także w sławnej Ramen Alley, gdzie znajduje się bodajże 12 lokali serwujących najlepszy rosół w mieście. Pewnie zauważyliście, że dość często piszemy o Ramenie. A wiecie dlaczego? Bo jest zajefajny i bardzo go lubimy. Jest nieskończona ilość wariacji tego dania, każdy kucharz ma swoją unikalną recepturę i skupia się na innym składniku. Do tego jak to bywa u Japończyków, uwielbiają doprowadzać do perfekcji to co robią i wychodzi im to znakomicie.

Dzień przed odlotem wyruszyliśmy w ostatni odcinek rowerowy z Sapporo do Chitose, oddalonego o 45 km. Jechaliśmy sobie tak wzdłuż głównej drogi i nagle zatrzymuje się przed nami mały Nissan. Stanął tak, że zajmował część pobocza i pasu ruchu. Miał włączony lewy kierunkowskaz, a jakieś kilka metrów przed nim znajdowała się droga w lewo. Krzyknąłem do Justyny by się zatrzymała, bo może skręcić, będziemy go omijać. Kierowca machnął nam ręką, że mamy jechać. Gdy znajdowałem się na wysokości samochodu usłyszałem nawoływania ze środka. Zatrzymałem się i w moim kierunku przez otwarte okno wysunęła się ręka z siatką, w której znajdowały się dwa napoje pomarańczowe i dwie czekolady. Zapytałem się czy to dla nas, Pan skinął głową przytakując. Zdążyłem powiedzieć mu jeszcze, gdzie jedziemy i odjechał. Tacy są właśnie Japończycy niby skryci, ale z drugiej strony spontaniczni i bezinteresowni.

W bardzo dobrych nastrojach ruszyliśmy dalej lekko niedowierzając w to co nas właśnie spotkało. Niecałe 10 km przed Chitose podjeżdża do nas gaijin i zagaduje.

– Cześć!

– Cześć!

– Gdzie jedziecie?

– Do Chitose, bo jutro lecimy do Polski.

– A macie kartony na rowery?

– Nie. Kupimy w Homac-u kartony do przeprowadzek i je skleimy.

– Aha. A gdzie śpicie?

– Gdziekolwiek.

– To zapraszam do mnie na noc! Po drodze są dwa sklepy rowerowe to pomogę wam zdobyć kartony.

No to pojechaliśmy z Robertem Nowozelandczykiem, który od kilku lat mieszka w Japonii wraz z żoną Haidee. W drugim sklepie udało się za darmo zdobyć kartony, więc jeden problem z głowy. Wieczór spędziliśmy na miłych rozmowach o Japonii i podróżach rowerowych po świecie.

Nazajutrz po pysznym śniadaniu dojechaliśmy na lotnisko wzbudzając przerażenie u kierowców. Nic strasznego nie robiliśmy tylko na tylnych bagażnikach wieźliśmy poskładane kartony na rowery. Nasze dzielne rumaki wyglądały jak małe samoloty z wystającymi z obrys po kilkadziesiąt centymetrów skrzydłami. Bezpiecznie dojechaliśmy (nie było wiatru) na lotnisko kończąc naszą rowerową włóczęgę po Japonii. Na hali odlotów pod schodami było całkiem dużo miejsca, więc zaczęliśmy tam rozkładać nasz majdan by spakować rowery. Niestety przyszedł pan ochroniarz i kazał nam się wynosić na zewnątrz. No nic trudno jak tak chciał, wiedział co robi. Pod schodami mieliśmy dużo miejsca i nikomu nie przeszkadzaliśmy, a na chodniku przy przystanku autobusowym, na który co chwilę przychodziły całe autokary turystów zajmowaliśmy dużo miejsca.

Pakownie rowerów poszło nam sprawnie, bo już po godzinie kartony były poskładane, a w środku rowery.

Więcej zabawy było z bagażem, bo przy wstępnym ważeniu wyszło nam sporo nadbagażu. Do tego w czterech małych główkach Japonek z obsługi naszych linii lotniczych nie mieściło się, że jak to można do ruskiej torby włożyć 3 sakwy i wór transportowy. Biedulki nigdy czegoś takiego nie widziały i nie ogarniały kuwety🙂

2,5 godziny później, nieprzerwanym przepakowywaniu, po niezliczonej ilości prób ważenia bagażu i wywalania rzeczy do kosza wyszło, że mamy 2kg nadbagażu. Wystarczyło sprytnie opierać torby o blat koło wagi by te 2kg nie zostały wykryte🙂

Lot z Chitose do Tokyo Narita przebiegł szybko. Na miejscu byliśmy o 21:30 i musieliśmy się przedostać z terminala 3 na terminal 1. Jeździ pomiędzy nimi autobus, ale niestety z przesiadką co wiązało się z przerzucaniem całego bagażu i szukaniu wózków. Pomogła nam w tym bardzo sympatyczna Japonka, która spontanicznie zaczęła Justynie pomagać w wynoszeniu toreb, a potem jeszcze pobiegła po wózek… tak po prostu bo widziała, że mamy dużo rzeczy. Gdy wreszcie dojechaliśmy do terminalu 1 okazało się, że lotnisko, jedno z większych na świecie, jest na noc zamykane, a dla osób chcących spędzić na nim noc jest przygotowana specjalna strefa. Rozłożyliśmy karimaty, obejrzeliśmy film i poszliśmy spać.

Odprawa bagażowa przebiegła sprawnie, na pokład Dreamlinera weszliśmy o czasie. Przesiadka w Warszawie też przebiegła bez problemu tylko z 20 minutowym opóźnieniem z powodu burzy. Gdy już dolecieliśmy do Gdańska okazało się, że rowery zostały w stolicy. Nie tylko nasz bagaż nie doleciał, ale 10 innych osób również.

Rodzice i Wujostwo przywitali nas z wielkim transparentem robiąc małe show na lotnisku🙂

No i koniec wycieczki😦

P.S.
Rowery doleciały i następnego dnia o 11:00 były już z nami całe i zdrowe.

_1100209Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 7 komentarzy

W drodze do Sapporo

Była realna szansa, że możemy się nie wyspać, bo koło nas na kempingu rozbili się ze swoim obozem Japończycy, którzy przyjechali dwoma samochodami i dwoma motocyklami. Mimo iż spędzali w tym miejscu tylko jedną noc mieli ze sobą tyle sprzętu, że kopara opada. W skład wyposażenia wchodziły krzesełka, stoliki, trzy lampy gazowe, płachta biwakowa, zestaw do Yakitori oraz przenośne ognisko z opałem. Japończycy już tacy są, do wszystkiego podchodzą poważnie i z pełnym profesjonalizmem. Jak w góry na spacer to z czekanami, jak na kemping to full wypas.

Śniadanie, suszenie namiotu, Justyna jeszcze zrobiła pranie korzystając z ciepłej wody, zapłata za kemping i tak zleciał czas, że po 11:00 dopiero ruszyliśmy w trasę. Raz wiało raz nie i tak sobie powoli jechaliśmy. Chcieliśmy dojechać do Asahikawy, a przynajmniej do jej przedmieść. Droga nie szła nam tak jak chcieliśmy. Kilometry się dłużyły, a nam jakby trochę brakowało pary w nogach. Do tego trasa nr 40 zwężyła się i wystąpił brak pobocza, jeszcze zwiększył się ruch samochodowy. Podjęliśmy decyzję ucieczki z czterdziestki na biegnącą równolegle drogę, której nie byliśmy do końca pewni bo na mapie była tylko białą cienką linią. Więc skręciliśmy w prawo prosto pod wiatr by po 2 km dotrzeć do naszej alternatywnej drogi. Skręciliśmy w nią i wśród pól ryżowych, na których brzegi były obsadzone różowymi i fioletowymi kwiatami.

Znacznie spokojniejszą i ładniejszą drogą dotarliśmy do Shibetsu gdzie znowu byliśmy zmuszeni wjechać na drogę 40. Robiło się późno i z szybkich kalkulacji wynikało, że raczej są marne szanse na dojechanie do Asahikawy, a nawet do Pippu. Z naprzeciwka jechały z Siły Obrony Japonii jadące z lub na manewry. Znowu mieliśmy okazję zobaczyć prawie cały przekrój wyposażenia wojskowego, samochody terenowe, ciężarówki, wozy opancerzone na 8 kołach, motocykle itp….

Z przerwą na lody dojechaliśmy do Wassamu po przekroczeniu rogatek miejscowości za jakąś upadłą lekko zdewastowaną firmą rozbiliśmy nasze obozowisko. Szybka kolacja i już zaczęło się robić ciemno, a po chwilach dwóch niebo rozjaśniało od tysięcy gwiazd.

Poranek suchy i nawet mieliśmy ochotę wstać i jechać dalej. Na rozgrzewkę parę km podjazdów. Bardzo szybko poszło nam dojechanie do Pippu przez, które śmignęliśmy jedynie zatrzymując się na chwilę by skorzystać z internetu. Nie obejrzeliśmy się, a już jechaliśmy przez Asahikawe. Przekraczając rzekę Ishikari. Z mostu widzieliśmy panoramę miasta. Po raz pierwszy od miesiąca na Hokkaido zobaczyliśmy miasto przypominające inne miasta Japońskie znane nam z poprzednich wysp. Wreszcie czuliśmy się jak w „Japonii”.

Po wyjeździe z Asahikawy natrafiliśmy na tunel przed, którym był znak – zakaz jazdy rowerem i bardzo nieczytelnie narysowana mapka objazdu. Skręciliśmy ale parędziesiąt metrów dalej  wybraliśmy złą drogę o czym uświadomił nas miły kierowca ciężarówki jadącej przez las. Wytłumaczył nam gdzie jest przeznaczona droga dla rowerzystów. Ta dobra droga okazała się genialna, bo była to wyłączona z ruchu samochodowego stara droga jeszcze z czasów kiedy tunel nie istniał. Tak jadąc wzdłuż rzeki pokonywaliśmy kolejne kilometry. Dotarliśmy do Kamuikotan, drewnianego, białego mostu wiszącego nad rzeką. Prowadził on do odrestaurowanej starej stacji kolejowej, przy której stały lokomotywy. Torów już nie było ale na ich miejscu pojawił się asfalt pełniący rolę szlaku rowerowego.

Wróciliśmy dalej na trasę ale znowu ruch był dość spory brakowało pobocza więc odbiliśmy w boczną by zaznać trochę spokoju. Wybór trafiony. Był też sklep gdzie zrobiliśmy ostatnie nasze zapasy i uciekając przed deszczem gnaliśmy przed siebie. Krople spadające z ciemnego nieba dopadły nas, a do tego wiatr też zechciał nam trochę poprzeszkadzać. Wiedząc, że będzie padać jeszcze do 20:00 zatrzymaliśmy się pod mostem nie opodal Uryu. Miejsce na nocleg fajne, bo most szeroki, była trawa i mogliśmy wbić wszystkie szpilki. Jednak woda lejąca się ze studzienek mostu niebezpiecznie zaczęła się zbliżać do naszego domku. Zmuszeni byliśmy przestawić namiot i z nadzieją, że i w to miejsce woda nie podejdzie poszliśmy spać.

Rano okazało się, że woda zatrzymała się 50 cm od wejście do namiotu. Wstaliśmy równo o 6:00 by szybko wskoczyć na rowery. Udało nam się załatwić nocleg u chłopaka z Couchsufingu i musieliśmy na 16:00 być w centrum Sapporo, a do pokonania mieliśmy 95 km.

Pogoda dopisała, świeciło słońce wiał lekki wiatr zazwyczaj w plecy lub z boku. Pokonywaliśmy kilometr za kilometrem po prawie kompletnie płaskim terenie robiąc przystanki na lody i onigiri. Po drodze na liczniku pojawiło się magiczne 4 500 km🙂

Chwilę po 16:00 byliśmy już w centrum Sapporo i spotkaliśmy się przy dworcu z Yukkim, który zaoferował swój kawałek podłogi do spania. Wieczorem poszliśmy na spacer z naszym przewodnikiem. Pokazał nam centrum miasta, w którym studiuje. Na kolację poszliśmy zjeść tempurę.

_1090534Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.

PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Problemy z wiatrami :)

W nocy wiatr zmienił kierunek i kibelek już nas nie chronił przed podmuchami wiatru. Chroniąc się przed silnymi podmuchami śniadanie zjedliśmy podobnie jak kolację w toalecie🙂 Za szklanych drzwi oglądaliśmy jak cała brygada japonek ubranych w ogrodnicze stroje ninja uskuteczniają akcję pod kryptonimem „kwiatek”. Chyba z 30 kobiet nasadzało kwiaty wokół pomnika w kształcie wielkiego żurawia z origami. Upamiętniał on zestrzelenie w 1983 roku przez Rosjan samolotu cywilnego lecącego z Nowego Jorku do Seulu z 269 pasażerami na pokładzie. Samolot został zestrzelony, bo naruszył rosyjską przestrzeń powietrzną…

Po zrobieniu jeszcze paru zdjęć przy pomniku Soya Misaki ruszyliśmy w stronę Wakkanai. Mieliśmy szczęście, bo mieliśmy wiatr w plecy. Pokręciliśmy się po Wakkanai w poszukiwaniu internetu ale bezskutecznie. Zrobiliśmy też rozeznanie z kartonami na rowery w sklepie ogrodniczym ponieważ mieliśmy informację, że ciężko znaleźć w Chitose karton na rower. Zrobiliśmy też zakupy jedzeniowe i poszliśmy na michę do rameniarni.

Jechaliśmy na południe zupełnie bez pary w nogach. Zadowoleni, że udało nam się osiągnąć nasz cel ale z tyłu głowy mieliśmy świadomość zbliżającego się końca naszej wyprawy. Nogi nie kręciły się tak żwawo jak chociażby dzień wcześniej. Jechaliśmy tak kilometr za kilometrem aż dojechaliśmy do parkingu kilkanaście km przed Hornobe. Rozważaliśmy nad noclegiem na nim bo robiło się późno lecz mapa, stojąca obok toalety miała zaznaczone ciekawe miejsca w okolicy. Znaleźliśmy na niej kemping i farmę reniferów. Spięliśmy się i mocniej nacisnęliśmy na pedały by jeszcze przed kompletną ciemnością dojechać do Horonobe i nakręcić 90km.

Faktycznie znajdował się tam plac na namioty, latryny, domki drewniane, wiaty i tor przeszkód dla dzieciaków. Wymarzone miejsce na obóz. Szybko poszliśmy spać.

Rano obudził nas deszcz, którego się spodziewaliśmy. Lecz za nim się zebraliśmy przestało padać. Chcieliśmy coś upichcić ale niestety byliśmy importowanym kąskiem dla lokalnych komarów. Przybywały całymi rodzinami by posmakować słowiańskiej krwi. Nie mogliśmy się od nich opędzić więc szybkie pakowani i jazda gdzieś gdzie nie ma ludojadów.

Po śniadaniu pod marketem ruszyliśmy na farmę gdzie były renifery. Okolica bardzo przypominała nam Bieszczady, gdzie postawiono budynek z restauracją wokół, której były zagrody dla reniferów. Dziwnie było widzieć ozdobioną choinkę i symbole reniferów w strojach świętego Mikołaja. Po za tym mieliśmy okazję obserwować jak młoda mama opiekuje się świeżo poczętym cielaczkiem. Chodził taki nieporadny na uginających się długich nogach ze zwisającą pępowiną. Widok był naprawdę kawaii jak by to powiedzieli Japończycy.

Tego dnia wiało, wiało mocno, nawet bardzo mocno wiało ale tak, że momentami nie mogliśmy jechać. Wicher w twarz i z prawej strony od morza zupełnie nie dawał nam spokoju. Wymęczeni dojechaliśmy do parkingu w Teshiro zatrzymaliśmy się tam na dłuższą przerwę w nadziei, że wiatr się trochę uspokoi. Jednak było całkiem na odwrót. Gdy podjęliśmy próbę dalszej jazdy podmuchy rzucały nas na prawo i lewo kompletnie nie dając jechać. Do tego droga nie miała szerokiego pobocza a na jezdni roiło się od ciężarówek z budowy nowej drogi. Zawróciliśmy i pojechaliśmy z powrotem do miasta Teshiro gdzie znajdował się kemping. Niestety znajdował się on przy samym porcie rybackim nie był schowany ani za górką ani nie posiadał żadnych krzaków, za którymi moglibyśmy się schować przed wiatrem. Były za to śmieszne małe betonowe domki (przygotowane na taką pogodę). Robotnicy odpoczywający w kontenerach z oknami i tatami wskazali nam recepcję kempingową po drugiej stronie jeziorka. Wynajęliśmy za 3300 jenów domek z łóżkiem piętrowym i w sumie niczym więcej w środku. Wystarczyło nam to w zupełności, bo nie widzieliśmy się w namiocie przy takiej pogodzie.

Następnego dnia wiało równie mocno ale mieliśmy już plan „B”. Z Teshiro pojechaliśmy w głąb lądu uciekając z nabrzeżnej drogi. Liczyliśmy na to, że góry osłonią nas od wiatru i w sumie się nie pomyliliśmy. Po za paroma niewielkimi odcinkami byliśmy schowani za górami. Wiele fragmentów tej trasu przypominała nam nasze rodzime Bieszczady. Dojechaliśmy tak drogą nr 40 do Bifuka. Znajdował się tam parking, kemping, seto. Była to nasza pierwsza legalna noc na kempingu w Japonii🙂

Wieczór rozpoczęliśmy od kąpieli w sento, następnie rozbiliśmy obóz i ugotowaliśmy nasz ulubiony Udon na kolację. Po czym poszliśmy do kibla na… internet.

_1090408Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 3 komentarzy

Soya Misaki

Nie ma to jak obudzić się rano i słyszeć szum fal, a z namiotu mieliśmy widok na zatoczkę, skały i wzgórza schodzące prosto do morza. Na śniadanie makaron i jajka na twardo marynowane w sosie sojowym naszej produkcji🙂 Przed ruszeniem w drogę jeszcze poszliśmy na krótki spacer po skałach. Droga, którą mieliśmy przed sobą wydawała się prosta cały czas na północy-zachód wzdłuż wybrzeża drogą 232 w stronę Soya Misaki. Na mapie wyglądała na płaską i jak się okazało było inaczej.

Jeszcze na kempingu było bardzo ciepło, ale już z pierwszym kilometrem ubieraliśmy się, bo od morza wiało zimnym wiatrem. Po paru kilometrach wjechaliśmy w tunel. Jak tylko wyjechaliśmy z niego, w nasze twarze uderzył ciepły podmuch wiatru. Co ciekawe po drugiej stronie góry był już zupełnie inny klimat, było ciepło. Z kolejnymi kilometrami zdejmowaliśmy kolejne warstwy ubrań.

Jechało nam się nawet dobrze. Chcieliśmy wieczorem dotrzeć na najbardziej wysunięty na północ punkt Japonii. Cisnęliśmy na pedały pokonując kolejne odcinki. Po drodze przekroczyliśmy linię 45 równoleżnika. Jak pamiętacie to 12 km przed Sata Misaki byliśmy na 31 równoleżniku.

Wreszcie na drodze pojawił się znak 60 km do Soya. Nasza motywacja się podniosła i jechało nam się jeszcze lepiej mając w zasięgu nasz cel podróży. Ruch na drodze zamierał powoli. Zatrzymaliśmy się coś zjeść na jednym z parkingów, ale restauracja miała przerwę od 14-17:00 czyli w najbardziej obiadowej godzinie… Ostatnie 20 km przed Soya nie były zbyt proste, bo rozpoczęły się podjazdy. Wspinaliśmy się na wzgórza całe porośnięte bambusem. Wyglądało to jak łąki, ale nimi nie były. Pokonywaliśmy wzgórze za wzgórzem, podjazd za podjazdem, chylące się ku zachodowi słońce świeciło w oczy, a wiatr wiejący z północy nasilał się. Wreszcie dojechaliśmy do wioski rybackiej, przed którą zobaczyliśmy tabliczkę Soya Misaki. Przejechaliśmy przez wieś i na zakręcie za ostatnimi budynkami po prawej ukazał nam się niewielki pomnik z granitu w kształcie trójkąta, wyznaczający punkt 45 stopni 31 minut i 22 sekundy. Jest to najbardziej wysunięty na północ punkt Japonii. Udało się!!! Udało nam się przejechać od Sata do Soya po przejechaniu 4100 km !!!

Słońce zachodziło, wiał silny, zimny wiatr, my zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, a do naszych uszu docierały dziwne dźwięki jakby porykiwanie. Nieopodal była niewielka wyspa, na której wylegiwały się jakieś duże ssaki morskie, prawdopodobnie lwy morskie. Nie wiemy niestety dokładnie co to było, ale ich ryk niósł się na kilometry. Był to ciekawy akompaniament dla jakże podniosłej chwili dla nas. Chwila nie trwała długo. Zimny wiatr szybko zmusił nas do znalezienia schronienia na noc. Nie daleko na wzgórzu znajdował się Soya Park. Park poświęcony wielu zdarzeniom i historiom związanym z tym miejscem. Była też całkiem ładna toaleta za którą rozbiliśmy namiot chroniąc się przed podmuchami wiatru, a w jej przedsionku ugotowaliśmy uroczystą kolację i skorzystaliśmy z prądu do podładowania baterii.

_1090316Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Ku morzu Ochockiemu

Poranek w Tanno był bardzo ciepły. Obudziliśmy się nie dlatego, że budzik zadzwonił, a dlatego że z namiotu zrobiła się szklarnia. Zapowiadał się kolejny dobry ciepły dzień. Na dzień dobry trochę podjazdów i szybkich zjazdów. Jak te drugie szły nam dobrze to podjazdy w takim skwarze były lekkim wyzwaniem. Po 26 kilometrach odbiliśmy na północ. Jazda już nie szła tak dobrze bo odcinek 8 km jechaliśmy pod silny wiatr od Morza Ochockiego. Tak dotarliśmy do jeziora Saroma, dużego jeziora oddzielonego od morza wąskim skrawkiem lądu. Jechaliśmy kawałek wzdłuż niego aż naszym oczom ukazało się Morze Ochockie.

Zatrzymaliśmy się na chwilę w Kerochi by zjeść lody. Gdy chodziliśmy się w cieniu automatów z napojami nie wiedzieliśmy, że za rogiem stoi lokomotywa z dwoma wagonami z czego jeden był sypialny z matami tatami pod jedną ze ścian. Można było za 150 jenów spędzić w nim noc.

Wróciliśmy na drogę by pokonywać dalsze kilometry. Po drodze nie działo się nic szczególnego. Po prawej morze, po lewej pastwiska lub bambus. Czasem zatrzymywaliśmy się popatrzeć na orły szybujące na wietrze w poszukiwaniu zdobyczy. Jakoś tak czas powoli płynął, a my tylko spoglądaliśmy na liczniki i sprawdzaliśmy ile jeszcze nam zostało do przejechania.

Tak dotarliśmy do Monbetsu miasteczka niczym nie wyróżniającego się od poprzednich. Zajechaliśmy na zakupy do naszego ulubionego Aeonu, którego dawno nie widzieliśmy. Z pełnymi sakwami jedzenia chcieliśmy przejechać jeszcze parę kilometrów by poszukać miejsca na nocleg. Nawet szybko jechaliśmy, ale czas był szybszy i nie udało nam się dojechać do Okoppe, w którym chcieliśmy spać. Zatrzymaliśmy się 9 km przed w jakiejś wiosce rybackiej.

Nawet sprawnie wstaliśmy rano i bez śniadania ruszyliśmy do Okoppe. W centrum miasta znajdował się parking drogowy. Są to miejsca zupełnie inne niż te znane z naszych rodzimych dróg. Zazwyczaj znajdują się w jakiś ciekawych miejscach widokowych, posiadają całą niezbędną infrastrukturę jak toalety, restauracje, sklepiki z lokalnymi produktami spożywczymi i pamiątkami, automaty z napojami i czasem mlekiem, punkt informacyjny itp… W całej Japonii takich parkingów jest parę setek i na każdym można sobie postawić pieczątkę w specjalnej książeczce. Na każdy parking jest osobna strona z opisem zdjęciem i miejscem na stempelek.

Zatrzymaliśmy się na takim parkingu przy którym znajdował się wielki trawnik z mleczami i stokrotkami, wiatki z kranami, stoły z grillami oraz stary pociąg, w którym za 150 jenów można spędzić noc na tatami. Ulokowaliśmy się zaraz przy pociągu i rozpoczęliśmy procedurę śniadaniową. Tego dnia coś specjalnego czyli naleśniki, którymi wzbudziliśmy dość duże zainteresowanie wśród odwiedzających pociąg.

Najedzeni chwilę przed 12:00 wróciliśmy na trasę. Mimo późnego startu droga przebiegała nam dość szybko, a na licznikach pojawiały się kolejne kilometry. Jak już jechaliśmy wzdłuż wybrzeża Morza Ochockiego to oczywiście nie mogło się odbyć bez rytualnego zamoczenia rąk w kolejnym dużym zbiorniku wodnym. Dokonaliśmy tego na plaży, która dymiła. W jednym miejscy z plaży i wody unosiła się mgła. Gdy włożyliśmy ręce do wody, albo wykopaliśmy dołek, woda która się zebrała w nim była ciepła, miała z 25˚C. Miło było tak sobie zagrzać łapki.

Pod koniec dnia dotarliśmy do Esashi gdzie na cyplu na specjalnie przygotowanym miejsc na namioty, gdzie znajdowały się toalety i wiatki zostaliśmy na noc.

_1090031Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Bagna, żurawie i moczenie tyłka w 52*C

Z przedmieść Kushiro ruszyliśmy w stronę bagien Kushiro. Największego w Japonii terenu podmokłego będącym rezerwatem przyrody oraz jedynym siedliskiem Żurawi japońskich w tym kraju. Najpierw mieliśmy parę podjazdów nawet wymagających do tego pogoda nam się poprawiła i było ciepło w słonecznych promieniach. Po drodze zajechaliśmy do Eco Museum Center, położone nad samym jeziorem na granicy z bagnami. Centrum przypominało znane nam Centrum Informacji i Edukacji Ekologicznej w Gdańsku. Przyjął nas w nim bardzo miły pan, który od wielu lat zajmuje się ochroną i badaniem tego terenu. Na pamiątkę zrobiliśmy sobie zdjęcie i dostaliśmy dwa żurawie z origami.

Zjechaliśmy z trasy by wjechać w gruntową drogę prowadzącą przez środek bagien. Nieopodal znajdował się wysoki piaskowy klif, na który się wdrapaliśmy. Ze szczytu rozpościerał się widok na połowę bagien, przez które przepływała rzeka chętnie wykorzystywana na spływy kanu… może następnym razem. Żałowaliśmy, że drzewa nie mają liści bo widok byłby jeszcze bardziej oszałamiający. Parę kilometrów za parkiem znowu widzieliśmy parkę białych żurawi, dumnie stojących na łące.

Mimo jeszcze wczesnej godziny oświetlenie zrobiło się bardzo dziwne. Słońce było jakby za pomarańczowym filtrem dając niesamowity efekt. Jechaliśmy tak w stronę kolejnego Parku Narodowego Akan. Znajduje się on we wschodnio-centralnej części Hokkaido. Obejmuje on obszar górzysty, w obrębie którego znajdują się wulkany, trzy jeziora i gorące źródła. Z trzech jezior wybraliśmy Kussharo największe na Hokkaido i drugie co do wielkości w Japonii. Znajduje się na nim ogromna wyspa i półwysep Wakoto, na którym planowaliśmy spędzić nocleg.

Dojechaliśmy na miejsce o zachodzie słońca. W znanym przewodniku na „M” to miejsce było opisane jako bardzo atrakcyjne z kempingami, posiadającymi gorące źródła, hotele a wokół znajdują się restauracje. Hmm lekko rzecz biorąc informacje się nie zgadzały. Były dwa kempingi, jeden z drewnianymi domkami jak za komuny, drugi jeszcze nieczynny, bo w budowie. Hotel był, ale z powybijanymi szybami i dziurami w podłodze. Natomiast naturalny onsen na brzegu jeziora był oblegany przez nagich rolników po 70-ce obojga płci. Na nocleg wybraliśmy jeszcze nieczynny kemping (nie ma to jak być pierwszymi „klientami”), natomiast z onsenu postanowiliśmy skorzystać z rana.

Gdy zaczęliśmy się rozpakowywać zauważyliśmy, że przy budynku recepcji ktoś chodzi, więc poszliśmy by się dowiedzieć czy w ogóle możemy tu nocować. Niestety jak podeszliśmy już nikogo nie było. Wracając na miejsce obozowiska odkryliśmy, że część naszych rzeczy została splądrowana. Złoczyńcą był czarny gawron, który szybko się zorientował, że Justyna zostawiła nie zamkniętą sakwę i korzystając z okazji porozrzucał zawartość po kempingu. Jego łupem padło opakowanie masła czekoladowego i na szczęście nic więcej.

Noc na szczęście była spokojna, a i onsen pusty więc nie czekając chwili wskoczyliśmy do gorącej wody, o temperaturze 52˚C. My sobie tak siedzieliśmy i spoglądaliśmy na jezioro i góry a obok nas przepełzał sobie półtorametrowy wąż. Kąpiel była bardzo przyjemna, ale czas było ruszać w drogę. Słońce przypiekało a my mieliśmy przed sobą 17 kilometrów podjazdu. Powolutku obrót korby za obrotem i tak przejeżdżając koło resztek śniegu jeszcze z zimy dotarliśmy na przełęcz 493 m n.p.m. Chwila odpoczynku i śmignęliśmy w dół. Był to zjazd gdzie przez 10 km nie przekręciliśmy korbą ani razu, a prędkość wahała się pomiędzy 40 – 50 km/h.

W bardzo ciepłej aurze dojechaliśmy do Bihoro, miasteczka, które z wyglądu przypomina te znane z filmów amerykańskich. Szeroka ulica, wszech obecne druty, sklepy na parterze a mieszkanie na piętrze oraz duże lokale usługowe i sklepy. Wszyscy mieszkańcy poruszają się samochodami, tylko dzieci ze szkoły idą pieszo albo jadą rowerem. Taki obraz małego miasta widzimy często na Hokkaido.

Pokręciliśmy dalej ale za daleko nie ujechaliśmy. Godzina była już późna, więc zatrzymaliśmy się na nocleg na polu golfowym, rozbijając namiot na wyspie z wiatką.

_1080952Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Baru Baru !!!

Z Urakawy wyjechaliśmy dopiero po 14:00. Nasi gospodarze nie chcieli nas wypuścić, a nam było trudno rozstać się z ludźmi, którzy dali nam tyle serca. Rano pyszne śniadanie, następnie spacer z Sakurą do parku, rybka na lunch…

Wiedzieliśmy, że czekają nas 37 kilometrów podjazdów na 600 m n.p.m. by przedostać się przez łańcuch górski Hidaka – sammyaku. Początkowo droga była łatwa i prowadziła przez zagłębie koniowe. Urakawa i przyległe do niej tereny to zielone pastwiska u podnóży gór. Na pastwiskach jest naprawdę pokaźna liczba stadnin koni, stoi jedna przy drugiej. Kilometry mijały i podjazd robił się coraz bardziej wymagający, nadciągnęły chmury (wiedzieliśmy, że na wieczór są zapowiadane opady), zrobiło się chłodno. Dojechaliśmy do parkingu przy drodze z domkiem z toaletami i jednym pomieszczeniem jakby po jakimś barze. Chmury wisiały nisko i zaczęło wiać zimnym wiatrem. Podjęliśmy decyzję, że dalsza jazda nie ma sensu o tej godzinie i zostajemy w tym budynku na noc. Ledwo weszliśmy do środka podjechał samochód terenowy, z którego wyszedł starszy pan i zaczął buszować po toaletach. Zanim się obejrzeliśmy był już koło nas. Pokazał nam sznurek, wskazał na klamkę jednych z dwóch drzwi i poważnym głosem powiedział baru, baru! Nie, nie… to nie jest to co myślicie🙂 To co pan powiedział oznaczało tylko jedno „niedźwiedź, niedźwiedź”! Pokazaliśmy panu, że chcemy tu spać. On gestem zaprosił nas do środka i sznurkiem przywiązał klamkę do haka wystającego ze ściany i wyszedł. My zostaliśmy w środku aż do rana. Przez całą noc padał deszcz i mocno wiało. Cieszyliśmy się z naszej decyzji zwłaszcza, że znajdowaliśmy się na terenie, gdzie naprawdę występują niedźwiedzie.

Kolejnego dnia na dzień dobry czekało nas 30 km zjazdów i jazda po zupełnie płaskim terenie. Jechaliśmy drogą 236 i potem 336 w stronę Kusharo. Po drodze na liczniku ukazało się 3 500 km naszej podróży. Krajobraz bardzo przypominał ten znany nam z Polski. Brzozy, świerki, zielone pastwiska i łąki. Jechaliśmy tak sobie nawet dobrym tempem aż tu nagle po lewej stronie w trzcinowisku zauważyliśmy dwa białe żurawie. Zatrzymaliśmy się i nawet odważyliśmy się podejść. Znając zwyczaje Polskich żurawi myśleliśmy, że zaraz uciekną, ale one wydawały z siebie okrzyki i wędrowały raz w prawo raz w lewo. Pooglądaliśmy ten spektakl i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przed miasteczkiem Ubahoro przed nami, nad drogą przeleciało pięć białych Tsuru i usiadły na polu. Były od nas jakieś 15 m i wcale się nie bały. Powrzeszczały do siebie, pomachały skrzydłami i zupełnie się nami nie przejmując żerowały i czyściły pióra. Coś niesamowitego zobaczyć tyle sztuk naraz wiedząc, że ten gatunek jest zagrożony wyginięciem. Obecnie cała populacja żurawia białego w Japonii znajduje się na Hokkaido i liczy zaledwie 400 osobników.

Noc spędziliśmy w Ubahoro. Rankiem po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Na trasie było parę większych i mniejszych podjazdów, ale z wiatrem w plecy. Mimo, że było ciepło to od Pacyfiku wiało zimnym, przenikliwym wiatrem, momentami nas zamrażającym. Co chwilę się ubieraliśmy i rozbieraliśmy. Udało nam się też zaobserwować latającego nad naszymi głowami morskiego orła z białym ogonem. Wielka maszynka do zabijania wielkości orła bielika, majestatycznie szybował i ganiał się po niebie z krukiem.

Na wieczór dojechaliśmy do miasta Kusharo, gdzie dokupiliśmy gazu do kuchenki i zjedliśmy bardzo dobry ramen. Przed zmierzchem udało nam się jeszcze wyjechać z miasta i na rogatkach spędziliśmy noc na placu zabaw zaraz przy drodze.

_1080748Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Urakawa

Spędziliśmy spokojną noc wśród krzaków bambusa na pasie zieleni pomiędzy dwoma drogami i torami kolejowymi 10km od Tomakomai. Rano obudziły nas kroki starszego pana buszującego po krzakach. Pewnie w poszukiwaniu jakieś jadalnej rośliny. Japończycy dużo pozyskują jedzenia z natury. Paprocie, jakieś duże liście, z których je się tylko część łodygi, grzyby, skrzyp i kto wie co jeszcze.

Do naszego miejsca docelowego mieliśmy jakieś 115 km jazdy względnie płaską drogą w słoneczny dzień. Jedyna przeszkoda to był wiatr wiejący prosto w twarz. No nic, trzeba było się z nim zmierzyć, bo innego wyjścia nie było. Tak więc ruszyliśmy, kilometr za kilometrem, które nam się bardzo dłużyły i jakoś tak zupełnie nie szła nam jazda. Po 13:00 zatrzymaliśmy się na michę ramenu. Był bardzo pyszny, jednak Justyna była w stanie zjeść tylko połowę porcji dlatego ja dokończyłem za nią. Do tego ja miałem zestaw czyli rosołek plus micha ryżu z jajecznicą i warzywami. Jakoś wcisnąłem to wszystko w siebie, ale jazda była naprawdę wyzwaniem, by na dziurach nic się nie ulało.

Przetrwałem to jakoś i po 50 km jakoś udało nam się szybciej pokonywać trasę. W Urakawie chcieliśmy być na 19:00, czyli o zmierzchu by nie jechać po ciemku. O 17:30 wiatr ustał prawie zupełnie i dopiero mogliśmy się rozpędzić i tak w dwie godziny przejechaliśmy trochę ponad 40 km.

Do naszych gospodarzy, Yukiyo i Tadashi san, dojechaliśmy o 19:30. Zostaliśmy bardzo miło przyjęci. Rozmów nie było końca i tak do pokoju trafiliśmy prawie o 2:00. Pokój był urządzony w tradycyjnym stylu japońskim z tatami na ziemi, papierowymi oknami, tokonama – ozdobną wnęką i ołtarzykiem ukrytym w szafie. Noc spędziliśmy śpiąc na futonach (tradycyjne materace) i poduszkami wypełnionymi ziarnami gryki. Mimo tego, że spaliśmy pod paroma warstwami kołdry i kocami wyspaliśmy się jak nigdy.

Nasi gospodarze przygotowali cały plan na nasz pobyt. Po pysznym, aczkolwiek w stylu europejskim, śniadaniu z marynowanymi paprociami i dymką w occie. Ruszyliśmy samochodem na Erimo Misaki, przylądek, gdzie zanotowano najsilniejsze wiatry w Japonii dochodzące do 60 m/s. My mieliśmy to szczęście, iż tego dnia świeciło słońce, było ciepło i była flauta zupełna, co się w tym miejscu podobno zupełnie nie zdarza. Po za samym przylądkiem znajduje się tam muzeum wiatru z maszyną, która pokazuje jak mocno potrafi wiać w tym miejscu. Z wysokich na ponad 50 m klifów obserwowaliśmy poławiaczy Kombu. Jest to taki długi na 3 m, płaski glon, który suszy się na kamienistym wybrzeżu lub przed garażem i potem dodaje do Dashi (wywaru rybnego), gotuje się z nim ryż itp… Poza Kombu widzieliśmy też wylegujące się na skalach foki, które co róż wskakiwały do wód Pacyfiku, by złapać sobie jakąś rybkę.

Wieczorem była uczta z Takoyaki czyli kulkami z ciasta z ośmiornicą, które przyrządziła nam na specjalnej maszynce Yukiyo san.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na górę Apoi mierzącą 810,5 m n.p.m. Droga na szczyt wiedzie początkowo mało wymagającą ścieżką przez las. Za stacją 5, gdzie można się schronić w cieniu ceglanego domku podejście robi się trudniejsze, bardziej strome i kamieniste aż do wypłaszczenia w kształcie siodła. Tu też zaczyna się kosodrzewina. Podczas wspinaczki naraz trzeba było pokonać strome skały pomagając sobie zamontowanymi sznurami. Sam szczyt, co ciekawe, jest w lesie 3 metrowych drzew zasłaniających widoki. Całkiem spora grupa turystów zgromadziła się na najwyższym miejscu Mount Apoi, by po trudach wspinaczki zjeść sobie Onigiri i chwilę odsapnąć. Podobno byliśmy pierwszymi Polakami na tej górze🙂

Schodząc w dół podziwialiśmy widoki na zatokę z rodziną kamieni stojących w wodach Pacyfiku. Największy symbolizuje mężczyznę, średni kobietę, a najmniejszy ich dziecko. Patrząc się na północ widzieliśmy ośnieżone łańcuchy górskie, które mieliśmy następnego dnia przekraczać w drodze do Kushiro. Strudzeni 5 godzinną wędrówką i wspinaczce udaliśmy się do Sento, umyć się i wygrzać kości.

Już prawie tradycyjnie wieczorem mieliśmy ucztę, tym razem danie występujące tylko na Hokkaido nazywające się Gengis Khan . Do elektrycznej, okrągłej, lekko wypukłej, stojącej na stole patelni wrzuca się kiełki fasoli, krążki cebuli, szczypiorek, grzyby Shitake i okrągłe plastry jagnięciny z Australii (specjalnie w takim kształcie robionej dla mieszkańców Hokkaido). Składniki wyciąga się z patelni i macza w sosie. Wygląda to super, a w gębie eksplozja smaków…

_1080425Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Dolina piekieł

Bardzo przyjemny poranek, słoneczny i pod parasolami kwitnących wiśni w Mori. Wokół naszego namiotu przechodziły tłumy Japończyków, bo jak się okazało park, w którym spaliśmy jest chyba główną atrakcją miasta. Znajduje się przy trasie przelotowej, to zajeżdżają go obejrzeć całe autokary turystów, szkolne wycieczki i wycieczki przedszkolaków głośno wykrzykujące do nas Ohajo!!!🙂

Cały dzień jechaliśmy w sumie jedyną bezpośrednio prowadzącą drogą do jeziora Tōya-ko nad zatoką Uchiura. Jechaliśmy i jechaliśmy, kilometry mijały, a my przejeżdżaliśmy przez kolejne wioski rybackie zupełnie inne niż te, do których przyzwyczailiśmy się na poprzednich wyspach. Na Hokkaido nie ma już domów krytych ozdobną dachówką, wypielęgnowanych ogrodów i warzywniaków przy domach. Domy są proste, kryte sidingiem i z blachą na dachu. Wszystkie wyglądają podobnie jakby przeklejone z miasteczek amerykańskich. Czasami nie ma na czym oka zawiesić.

Na asfalcie leżą muszle różnego rodzaju. Nie wiemy skąd się one biorą, bo raczej z morza nie przylatują. Do tego na poboczach leży bardzo dużo butelek po herbacie czy innych napojach z żółtym płynem w środku. To taki sport kierowców ciężarówek, którzy napełniają zużyte butelki i wyrzucają je przez okno.

Na koniec dnia zaczęły się podjazdy. Droga nie mogła prowadzić nad wodą, bo uniemożliwiały jej to skaliste klify. Więc musieliśmy pokonać parę podjazdów i kilka tuneli. Nie udało nam się dojechać do jeziora Tōya-ko i zatrzymaliśmy się na noc w Toyaura. Namiot rozbiliśmy na tyłach nieczynnej stacji benzynowej.

Następnego dnia po przebudzeniu udało nam się nawet sprawnie zebrać i ruszyć na trasę. Pokonując ostatni podjazd do jeziora z cmentarza wyjechała wypasiona, czarna Toyota. Okno samochodu otworzyło się, a z niego wychyliła się uśmiechnięta łysa głowa w okularach i do nas zagaduje. Zatrzymaliśmy się, drzwi się otworzyły, z samochodu wysiadł mnich buddyjski i zaczął nas wypytywać skąd jedziemy i wskazał nam kierunek na jezioro.

Dotarliśmy 2 kilometrowym tunelem do jeziora Tōya-ko znajdującego się na terenie Parku Narodowego Shikotsu-Tōya. Jezioro okrągłego kształtu z wyspami na środku, gdzie żyją dzikie zwierzęta. W oddali wulkan Yoteisan (zwany Ezo no Fuji) podobny kształtem do Fuji z ośnieżonym szczytem. A za nami kurort z licznymi onsenami, leżącymi w cieniu wulkanu.

Przejechaliśmy promenadą wzdłuż brzegu jeziora. Oglądaliśmy statki pływające po spokojnej tafli wody i nie zabrakło łódek łabądków. W drodze na wybrzeże zajechaliśmy też pod Shōwa shinzan młodego wulkanu, który na polach uprawnych ukazał się w 1943 rok, a dziś ma już 400 metrów.

Zjechaliśmy nad wybrzeże i jadąc pod wiatr, uciekając przed deszczem, a czasami jadąc w deszczu dojechaliśmy do miasta Noboribetsu. Prognozy pogody nie były optymistyczne i najbliższa noc, dzień i kolejna noc były pod znakiem opadów deszczu. Podjęliśmy trudną decyzję, ale chyba jedyną słuszną. Zamelinowaliśmy się pod mostem i przeczekaliśmy 36 godzin aż się rozpogodzi. W dalszą drogę nie było sensu jechać i moknąć zwłaszcza, że wjeżdżaliśmy w góry i czekało nas zwiedzanie.

Rano prognozy się sprawdziły i nie padało, więc mogliśmy podjechać do Noboribetsu Onsen i odwiedzić Jigokudani – Dolinę Piekieł, miejsce z księżycowym krajobrazem, pozbawione roślinności, wodą wybijającą spod ziemi o temperaturze ponad 80˚C, unoszącej się parze i świdrującym zapachu zgniłych jaj. Zapach jest spowodowany pokładami siarki. Dzięki drewnianym pomostom można dostać się do samego środka „piekła”. Nieopodal znajduje się jezioro Oyu numa, z którego wypływa bardzo gorąca woda. Paręset metrów dalej idąc wzdłuż strumyka dochodzi się do naturalnego onsenu dla nóg – ashiyu. Czyli siada się na pomoście i zanurza nogi w gorącym strumieniu o mleczno-szarym kolorze. Bardzo przyjemne doświadczenie zwłaszcza, że na dworze było tylko 10˚C.

Z wymoczonymi i rozgrzanymi stopami popedałowaliśmy dalej do Shiraoi, gdzie nad jeziorem Poroto znajduje się Porotokotan wioska Ainu. Niegdyś Hokkaido było zamieszkiwane przez Ainu lud zupełnie nie spokrewniony z Japończykami, a wywodzący się z ludów Kaukaskich. Charakteryzują się innymi cechami fizycznymi jak bujne owłosienie i płaskie nosy. Niestety na przełomie XIX i XX w. byli dyskryminowani przez Japończyków i zupełnie pozbawieni praw. Dopiero w 2008 roku Rząd Japoński jednogłośnie uznał Ainu za rdzenną ludność z własną kulturą i językiem. Obecnie w Japonii żyje mniej niż 200 osób, które posiadają czworo dziadków czystej krwi.

Skansen składa się z kilku chat, w których można zapoznać się kulturą i rzemiosłem oraz obejrzeć tradycyjne tańce, posłuchać muzyki i śpiewów. Bardzo ciekawe miejsce, ale 4 niedźwiedzie brunatne (święte zwierzę) w klatkach 2 na 2 metry popsuły nam obraz miłego i bardzo ciekawego skansenu.

Wskoczyliśmy na rowery, by wieczorem przejechać przez Tomakomai i skierować się w stronę Urakawy.
_1080219Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , | 2 komentarzy