Kolosy za 2016

My jak co roku, drugi weekend marca, spędzamy w Gdyni na Kolosach. Zachęcamy do odwiedzenia tej największej w Europie imprezy dla podróżników. Ludzi jak zwykle masa. Prezentacje ciekawe i inspirujące do snucia planów na kolejne wyjazdy w najdalsze zakątki świata, ale też w nieodkryte miejsca niedaleko domu.
Wspomnienia wracają…

Opublikowano kolosy | Otagowano , , , , | 2 komentarze

Rowertour

Witajcie!!!

Zachęcamy do zakupu najnowszego miesięcznika dla podróżników rowerowych Rowertour. Na jego łamach ukazała się nasza relacja z podróży po Japonii. Korzystając z okazji chcielibyśmy podziękować redakcji za patronat medialny 🙂

_1110028

Rowertour_nowe logo_internet

PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , | 2 komentarze

Podsumowanie podróży po Japonii

Trochę czasu już minęło od naszego powrotu z Japonii zaczęła się szara rzeczywistość i wpadliśmy w rytm normalnego życia. Często wracamy w myślach do tego co przeżyliśmy podczas tej wyprawy. Teraz nadeszła odpowiednia pora na podsumowania tej wycieczki.

Wstępnie zaplanowana trasa, o której pisałem w lutowym poście „Plan trasy w Japonii” została zrealizowana w 90%. Dokonaliśmy paru zmian omijając wysokie góry na Hokkaido ze względu na śnieg, ale dzięki temu zwiedziliśmy bagna Kushiro i widzieliśmy białe żurawie oraz objechaliśmy górę Fuji dookoła. Było jeszcze parę zmian ale niezbyt znaczących.

Przygotowaliśmy parę statystyk o naszym wyjeździe, które mogą Wam trochę przybliżyć co porabialiśmy i takie tam.

Nasza Japonia w liczbach:

– W Japonii spędziliśmy 80 dni

– Czas bez jazdy 8 dni

– Na rowerze 72 dni

– Przejechaliśmy 4675 km

– Średni dzienny dystans 65 km

– Średni czas dzienny na rowerze 4:33:06

– Na siodełkach spędziliśmy około 350 godzin

– Średnia prędkość dzienna 13,87 km/h

– Maksymalna prędkość 59,56 km/h

– Maksymalny dystans jednego dnia 118,67 km

– Przejechaliśmy 171 tuneli o łącznej długości 82 km

– Najdłuższy tunel 4232 m

– Wjechaliśmy na 1123 m n.p.m.

– Na piechotę zdobyliśmy szczyt góry Apoi 810,5 m n.p.m.

– Promami płynęliśmy 5 razy

– Odwiedzonych wysp 5 – Kyusiu, Shikoku, Shodoshima, Honsiu, Hokkaido.

– Nocy spędzonych pod dachem 17

– Nocy u Japończyków 11

– Nocy w hostelach 6

– Nocy w namiocie 62

– Awarii w rowerze 2 – zgubiony łańcuch i obluzowany klocek hamulcowy

– Najniższa temperatura 3˚C

– Najwyższa temperatura 46,7˚C

– Dni z deszczem – sporo ale więcej było słońca 🙂

– Widzieliśmy 6 zamków

– Nie jechaliśmy Shinkansenem

– Nie możemy się doliczyć ile misek Ramenu zjedliśmy i ile kilogramów Udonu pożarliśmy

– Justyna zgubiła 7 kg, Szymon nic

– …

Podsumowując krótko to było fajnie i zamierzamy wrócić do Japonii za jakiś czas jesienią. W planach jest zwiedzenie północ Kiusiu i południe Shikoku oraz wjechanie w Alpy Japońskie.

Dziękujemy wszystkim, którzy nam pomogli przed w trakcie i po wyprawie.
Dziękujemy za miłe słowa i wsparcie otrzymane od Was.
Dziękujemy Radiu Gdańsk , Rowertour i Fjord Nansen, za to że byli z nami.
Dziękujemy Wam drodzy czytelnicy znani nam i nieznani, że znaleźliście chwilę czasu by przeczytać nasze relacje. Mamy nadzieję, że nie zanudziliśmy oraz mogliśmy Wam pokazać kawałek naszego świata.

Jak macie jakieś pytania odnośnie naszego wyjazdu piszcie w komentarzach. Będziemy się starali zaspokoić waszą ciekawość 🙂

Justyna i Szymon

PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 7 komentarzy

Na lotnisku

Tak nas rodzinka witała na lotnisku w Gdańsku. Zrobili trochę szumu i zamieszania.. ale i tak było fajnie 🙂  Dziękujemy 🙂

lot 4Kliknij na zdjęcia, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , | 12 komentarzy

Dziękujemy Japonio !!!

Ostatni dzień w Sapporo spędziliśmy na bieganiu po sklepach by uzupełnić pamiątkowe zasoby. Wieczorem byliśmy także w sławnej Ramen Alley, gdzie znajduje się bodajże 12 lokali serwujących najlepszy rosół w mieście. Pewnie zauważyliście, że dość często piszemy o Ramenie. A wiecie dlaczego? Bo jest zajefajny i bardzo go lubimy. Jest nieskończona ilość wariacji tego dania, każdy kucharz ma swoją unikalną recepturę i skupia się na innym składniku. Do tego jak to bywa u Japończyków, uwielbiają doprowadzać do perfekcji to co robią i wychodzi im to znakomicie.

Dzień przed odlotem wyruszyliśmy w ostatni odcinek rowerowy z Sapporo do Chitose, oddalonego o 45 km. Jechaliśmy sobie tak wzdłuż głównej drogi i nagle zatrzymuje się przed nami mały Nissan. Stanął tak, że zajmował część pobocza i pasu ruchu. Miał włączony lewy kierunkowskaz, a jakieś kilka metrów przed nim znajdowała się droga w lewo. Krzyknąłem do Justyny by się zatrzymała, bo może skręcić, będziemy go omijać. Kierowca machnął nam ręką, że mamy jechać. Gdy znajdowałem się na wysokości samochodu usłyszałem nawoływania ze środka. Zatrzymałem się i w moim kierunku przez otwarte okno wysunęła się ręka z siatką, w której znajdowały się dwa napoje pomarańczowe i dwie czekolady. Zapytałem się czy to dla nas, Pan skinął głową przytakując. Zdążyłem powiedzieć mu jeszcze, gdzie jedziemy i odjechał. Tacy są właśnie Japończycy niby skryci, ale z drugiej strony spontaniczni i bezinteresowni.

W bardzo dobrych nastrojach ruszyliśmy dalej lekko niedowierzając w to co nas właśnie spotkało. Niecałe 10 km przed Chitose podjeżdża do nas gaijin i zagaduje.

– Cześć!

– Cześć!

– Gdzie jedziecie?

– Do Chitose, bo jutro lecimy do Polski.

– A macie kartony na rowery?

– Nie. Kupimy w Homac-u kartony do przeprowadzek i je skleimy.

– Aha. A gdzie śpicie?

– Gdziekolwiek.

– To zapraszam do mnie na noc! Po drodze są dwa sklepy rowerowe to pomogę wam zdobyć kartony.

No to pojechaliśmy z Robertem Nowozelandczykiem, który od kilku lat mieszka w Japonii wraz z żoną Haidee. W drugim sklepie udało się za darmo zdobyć kartony, więc jeden problem z głowy. Wieczór spędziliśmy na miłych rozmowach o Japonii i podróżach rowerowych po świecie.

Nazajutrz po pysznym śniadaniu dojechaliśmy na lotnisko wzbudzając przerażenie u kierowców. Nic strasznego nie robiliśmy tylko na tylnych bagażnikach wieźliśmy poskładane kartony na rowery. Nasze dzielne rumaki wyglądały jak małe samoloty z wystającymi z obrys po kilkadziesiąt centymetrów skrzydłami. Bezpiecznie dojechaliśmy (nie było wiatru) na lotnisko kończąc naszą rowerową włóczęgę po Japonii. Na hali odlotów pod schodami było całkiem dużo miejsca, więc zaczęliśmy tam rozkładać nasz majdan by spakować rowery. Niestety przyszedł pan ochroniarz i kazał nam się wynosić na zewnątrz. No nic trudno jak tak chciał, wiedział co robi. Pod schodami mieliśmy dużo miejsca i nikomu nie przeszkadzaliśmy, a na chodniku przy przystanku autobusowym, na który co chwilę przychodziły całe autokary turystów zajmowaliśmy dużo miejsca.

Pakownie rowerów poszło nam sprawnie, bo już po godzinie kartony były poskładane, a w środku rowery.

Więcej zabawy było z bagażem, bo przy wstępnym ważeniu wyszło nam sporo nadbagażu. Do tego w czterech małych główkach Japonek z obsługi naszych linii lotniczych nie mieściło się, że jak to można do ruskiej torby włożyć 3 sakwy i wór transportowy. Biedulki nigdy czegoś takiego nie widziały i nie ogarniały kuwety 🙂

2,5 godziny później, nieprzerwanym przepakowywaniu, po niezliczonej ilości prób ważenia bagażu i wywalania rzeczy do kosza wyszło, że mamy 2kg nadbagażu. Wystarczyło sprytnie opierać torby o blat koło wagi by te 2kg nie zostały wykryte 🙂

Lot z Chitose do Tokyo Narita przebiegł szybko. Na miejscu byliśmy o 21:30 i musieliśmy się przedostać z terminala 3 na terminal 1. Jeździ pomiędzy nimi autobus, ale niestety z przesiadką co wiązało się z przerzucaniem całego bagażu i szukaniu wózków. Pomogła nam w tym bardzo sympatyczna Japonka, która spontanicznie zaczęła Justynie pomagać w wynoszeniu toreb, a potem jeszcze pobiegła po wózek… tak po prostu bo widziała, że mamy dużo rzeczy. Gdy wreszcie dojechaliśmy do terminalu 1 okazało się, że lotnisko, jedno z większych na świecie, jest na noc zamykane, a dla osób chcących spędzić na nim noc jest przygotowana specjalna strefa. Rozłożyliśmy karimaty, obejrzeliśmy film i poszliśmy spać.

Odprawa bagażowa przebiegła sprawnie, na pokład Dreamlinera weszliśmy o czasie. Przesiadka w Warszawie też przebiegła bez problemu tylko z 20 minutowym opóźnieniem z powodu burzy. Gdy już dolecieliśmy do Gdańska okazało się, że rowery zostały w stolicy. Nie tylko nasz bagaż nie doleciał, ale 10 innych osób również.

Rodzice i Wujostwo przywitali nas z wielkim transparentem robiąc małe show na lotnisku 🙂

No i koniec wycieczki 😦

P.S.
Rowery doleciały i następnego dnia o 11:00 były już z nami całe i zdrowe.

_1100209Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 7 komentarzy

W drodze do Sapporo

Była realna szansa, że możemy się nie wyspać, bo koło nas na kempingu rozbili się ze swoim obozem Japończycy, którzy przyjechali dwoma samochodami i dwoma motocyklami. Mimo iż spędzali w tym miejscu tylko jedną noc mieli ze sobą tyle sprzętu, że kopara opada. W skład wyposażenia wchodziły krzesełka, stoliki, trzy lampy gazowe, płachta biwakowa, zestaw do Yakitori oraz przenośne ognisko z opałem. Japończycy już tacy są, do wszystkiego podchodzą poważnie i z pełnym profesjonalizmem. Jak w góry na spacer to z czekanami, jak na kemping to full wypas.

Śniadanie, suszenie namiotu, Justyna jeszcze zrobiła pranie korzystając z ciepłej wody, zapłata za kemping i tak zleciał czas, że po 11:00 dopiero ruszyliśmy w trasę. Raz wiało raz nie i tak sobie powoli jechaliśmy. Chcieliśmy dojechać do Asahikawy, a przynajmniej do jej przedmieść. Droga nie szła nam tak jak chcieliśmy. Kilometry się dłużyły, a nam jakby trochę brakowało pary w nogach. Do tego trasa nr 40 zwężyła się i wystąpił brak pobocza, jeszcze zwiększył się ruch samochodowy. Podjęliśmy decyzję ucieczki z czterdziestki na biegnącą równolegle drogę, której nie byliśmy do końca pewni bo na mapie była tylko białą cienką linią. Więc skręciliśmy w prawo prosto pod wiatr by po 2 km dotrzeć do naszej alternatywnej drogi. Skręciliśmy w nią i wśród pól ryżowych, na których brzegi były obsadzone różowymi i fioletowymi kwiatami.

Znacznie spokojniejszą i ładniejszą drogą dotarliśmy do Shibetsu gdzie znowu byliśmy zmuszeni wjechać na drogę 40. Robiło się późno i z szybkich kalkulacji wynikało, że raczej są marne szanse na dojechanie do Asahikawy, a nawet do Pippu. Z naprzeciwka jechały z Siły Obrony Japonii jadące z lub na manewry. Znowu mieliśmy okazję zobaczyć prawie cały przekrój wyposażenia wojskowego, samochody terenowe, ciężarówki, wozy opancerzone na 8 kołach, motocykle itp….

Z przerwą na lody dojechaliśmy do Wassamu po przekroczeniu rogatek miejscowości za jakąś upadłą lekko zdewastowaną firmą rozbiliśmy nasze obozowisko. Szybka kolacja i już zaczęło się robić ciemno, a po chwilach dwóch niebo rozjaśniało od tysięcy gwiazd.

Poranek suchy i nawet mieliśmy ochotę wstać i jechać dalej. Na rozgrzewkę parę km podjazdów. Bardzo szybko poszło nam dojechanie do Pippu przez, które śmignęliśmy jedynie zatrzymując się na chwilę by skorzystać z internetu. Nie obejrzeliśmy się, a już jechaliśmy przez Asahikawe. Przekraczając rzekę Ishikari. Z mostu widzieliśmy panoramę miasta. Po raz pierwszy od miesiąca na Hokkaido zobaczyliśmy miasto przypominające inne miasta Japońskie znane nam z poprzednich wysp. Wreszcie czuliśmy się jak w „Japonii”.

Po wyjeździe z Asahikawy natrafiliśmy na tunel przed, którym był znak – zakaz jazdy rowerem i bardzo nieczytelnie narysowana mapka objazdu. Skręciliśmy ale parędziesiąt metrów dalej  wybraliśmy złą drogę o czym uświadomił nas miły kierowca ciężarówki jadącej przez las. Wytłumaczył nam gdzie jest przeznaczona droga dla rowerzystów. Ta dobra droga okazała się genialna, bo była to wyłączona z ruchu samochodowego stara droga jeszcze z czasów kiedy tunel nie istniał. Tak jadąc wzdłuż rzeki pokonywaliśmy kolejne kilometry. Dotarliśmy do Kamuikotan, drewnianego, białego mostu wiszącego nad rzeką. Prowadził on do odrestaurowanej starej stacji kolejowej, przy której stały lokomotywy. Torów już nie było ale na ich miejscu pojawił się asfalt pełniący rolę szlaku rowerowego.

Wróciliśmy dalej na trasę ale znowu ruch był dość spory brakowało pobocza więc odbiliśmy w boczną by zaznać trochę spokoju. Wybór trafiony. Był też sklep gdzie zrobiliśmy ostatnie nasze zapasy i uciekając przed deszczem gnaliśmy przed siebie. Krople spadające z ciemnego nieba dopadły nas, a do tego wiatr też zechciał nam trochę poprzeszkadzać. Wiedząc, że będzie padać jeszcze do 20:00 zatrzymaliśmy się pod mostem nie opodal Uryu. Miejsce na nocleg fajne, bo most szeroki, była trawa i mogliśmy wbić wszystkie szpilki. Jednak woda lejąca się ze studzienek mostu niebezpiecznie zaczęła się zbliżać do naszego domku. Zmuszeni byliśmy przestawić namiot i z nadzieją, że i w to miejsce woda nie podejdzie poszliśmy spać.

Rano okazało się, że woda zatrzymała się 50 cm od wejście do namiotu. Wstaliśmy równo o 6:00 by szybko wskoczyć na rowery. Udało nam się załatwić nocleg u chłopaka z Couchsufingu i musieliśmy na 16:00 być w centrum Sapporo, a do pokonania mieliśmy 95 km.

Pogoda dopisała, świeciło słońce wiał lekki wiatr zazwyczaj w plecy lub z boku. Pokonywaliśmy kilometr za kilometrem po prawie kompletnie płaskim terenie robiąc przystanki na lody i onigiri. Po drodze na liczniku pojawiło się magiczne 4 500 km 🙂

Chwilę po 16:00 byliśmy już w centrum Sapporo i spotkaliśmy się przy dworcu z Yukkim, który zaoferował swój kawałek podłogi do spania. Wieczorem poszliśmy na spacer z naszym przewodnikiem. Pokazał nam centrum miasta, w którym studiuje. Na kolację poszliśmy zjeść tempurę.

_1090534Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.

PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarze

Problemy z wiatrami :)

W nocy wiatr zmienił kierunek i kibelek już nas nie chronił przed podmuchami wiatru. Chroniąc się przed silnymi podmuchami śniadanie zjedliśmy podobnie jak kolację w toalecie 🙂 Za szklanych drzwi oglądaliśmy jak cała brygada japonek ubranych w ogrodnicze stroje ninja uskuteczniają akcję pod kryptonimem „kwiatek”. Chyba z 30 kobiet nasadzało kwiaty wokół pomnika w kształcie wielkiego żurawia z origami. Upamiętniał on zestrzelenie w 1983 roku przez Rosjan samolotu cywilnego lecącego z Nowego Jorku do Seulu z 269 pasażerami na pokładzie. Samolot został zestrzelony, bo naruszył rosyjską przestrzeń powietrzną…

Po zrobieniu jeszcze paru zdjęć przy pomniku Soya Misaki ruszyliśmy w stronę Wakkanai. Mieliśmy szczęście, bo mieliśmy wiatr w plecy. Pokręciliśmy się po Wakkanai w poszukiwaniu internetu ale bezskutecznie. Zrobiliśmy też rozeznanie z kartonami na rowery w sklepie ogrodniczym ponieważ mieliśmy informację, że ciężko znaleźć w Chitose karton na rower. Zrobiliśmy też zakupy jedzeniowe i poszliśmy na michę do rameniarni.

Jechaliśmy na południe zupełnie bez pary w nogach. Zadowoleni, że udało nam się osiągnąć nasz cel ale z tyłu głowy mieliśmy świadomość zbliżającego się końca naszej wyprawy. Nogi nie kręciły się tak żwawo jak chociażby dzień wcześniej. Jechaliśmy tak kilometr za kilometrem aż dojechaliśmy do parkingu kilkanaście km przed Hornobe. Rozważaliśmy nad noclegiem na nim bo robiło się późno lecz mapa, stojąca obok toalety miała zaznaczone ciekawe miejsca w okolicy. Znaleźliśmy na niej kemping i farmę reniferów. Spięliśmy się i mocniej nacisnęliśmy na pedały by jeszcze przed kompletną ciemnością dojechać do Horonobe i nakręcić 90km.

Faktycznie znajdował się tam plac na namioty, latryny, domki drewniane, wiaty i tor przeszkód dla dzieciaków. Wymarzone miejsce na obóz. Szybko poszliśmy spać.

Rano obudził nas deszcz, którego się spodziewaliśmy. Lecz za nim się zebraliśmy przestało padać. Chcieliśmy coś upichcić ale niestety byliśmy importowanym kąskiem dla lokalnych komarów. Przybywały całymi rodzinami by posmakować słowiańskiej krwi. Nie mogliśmy się od nich opędzić więc szybkie pakowani i jazda gdzieś gdzie nie ma ludojadów.

Po śniadaniu pod marketem ruszyliśmy na farmę gdzie były renifery. Okolica bardzo przypominała nam Bieszczady, gdzie postawiono budynek z restauracją wokół, której były zagrody dla reniferów. Dziwnie było widzieć ozdobioną choinkę i symbole reniferów w strojach świętego Mikołaja. Po za tym mieliśmy okazję obserwować jak młoda mama opiekuje się świeżo poczętym cielaczkiem. Chodził taki nieporadny na uginających się długich nogach ze zwisającą pępowiną. Widok był naprawdę kawaii jak by to powiedzieli Japończycy.

Tego dnia wiało, wiało mocno, nawet bardzo mocno wiało ale tak, że momentami nie mogliśmy jechać. Wicher w twarz i z prawej strony od morza zupełnie nie dawał nam spokoju. Wymęczeni dojechaliśmy do parkingu w Teshiro zatrzymaliśmy się tam na dłuższą przerwę w nadziei, że wiatr się trochę uspokoi. Jednak było całkiem na odwrót. Gdy podjęliśmy próbę dalszej jazdy podmuchy rzucały nas na prawo i lewo kompletnie nie dając jechać. Do tego droga nie miała szerokiego pobocza a na jezdni roiło się od ciężarówek z budowy nowej drogi. Zawróciliśmy i pojechaliśmy z powrotem do miasta Teshiro gdzie znajdował się kemping. Niestety znajdował się on przy samym porcie rybackim nie był schowany ani za górką ani nie posiadał żadnych krzaków, za którymi moglibyśmy się schować przed wiatrem. Były za to śmieszne małe betonowe domki (przygotowane na taką pogodę). Robotnicy odpoczywający w kontenerach z oknami i tatami wskazali nam recepcję kempingową po drugiej stronie jeziorka. Wynajęliśmy za 3300 jenów domek z łóżkiem piętrowym i w sumie niczym więcej w środku. Wystarczyło nam to w zupełności, bo nie widzieliśmy się w namiocie przy takiej pogodzie.

Następnego dnia wiało równie mocno ale mieliśmy już plan „B”. Z Teshiro pojechaliśmy w głąb lądu uciekając z nabrzeżnej drogi. Liczyliśmy na to, że góry osłonią nas od wiatru i w sumie się nie pomyliliśmy. Po za paroma niewielkimi odcinkami byliśmy schowani za górami. Wiele fragmentów tej trasu przypominała nam nasze rodzime Bieszczady. Dojechaliśmy tak drogą nr 40 do Bifuka. Znajdował się tam parking, kemping, seto. Była to nasza pierwsza legalna noc na kempingu w Japonii 🙂

Wieczór rozpoczęliśmy od kąpieli w sento, następnie rozbiliśmy obóz i ugotowaliśmy nasz ulubiony Udon na kolację. Po czym poszliśmy do kibla na… internet.

_1090408Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 3 komentarze

Soya Misaki

Nie ma to jak obudzić się rano i słyszeć szum fal, a z namiotu mieliśmy widok na zatoczkę, skały i wzgórza schodzące prosto do morza. Na śniadanie makaron i jajka na twardo marynowane w sosie sojowym naszej produkcji 🙂 Przed ruszeniem w drogę jeszcze poszliśmy na krótki spacer po skałach. Droga, którą mieliśmy przed sobą wydawała się prosta cały czas na północy-zachód wzdłuż wybrzeża drogą 232 w stronę Soya Misaki. Na mapie wyglądała na płaską i jak się okazało było inaczej.

Jeszcze na kempingu było bardzo ciepło, ale już z pierwszym kilometrem ubieraliśmy się, bo od morza wiało zimnym wiatrem. Po paru kilometrach wjechaliśmy w tunel. Jak tylko wyjechaliśmy z niego, w nasze twarze uderzył ciepły podmuch wiatru. Co ciekawe po drugiej stronie góry był już zupełnie inny klimat, było ciepło. Z kolejnymi kilometrami zdejmowaliśmy kolejne warstwy ubrań.

Jechało nam się nawet dobrze. Chcieliśmy wieczorem dotrzeć na najbardziej wysunięty na północ punkt Japonii. Cisnęliśmy na pedały pokonując kolejne odcinki. Po drodze przekroczyliśmy linię 45 równoleżnika. Jak pamiętacie to 12 km przed Sata Misaki byliśmy na 31 równoleżniku.

Wreszcie na drodze pojawił się znak 60 km do Soya. Nasza motywacja się podniosła i jechało nam się jeszcze lepiej mając w zasięgu nasz cel podróży. Ruch na drodze zamierał powoli. Zatrzymaliśmy się coś zjeść na jednym z parkingów, ale restauracja miała przerwę od 14-17:00 czyli w najbardziej obiadowej godzinie… Ostatnie 20 km przed Soya nie były zbyt proste, bo rozpoczęły się podjazdy. Wspinaliśmy się na wzgórza całe porośnięte bambusem. Wyglądało to jak łąki, ale nimi nie były. Pokonywaliśmy wzgórze za wzgórzem, podjazd za podjazdem, chylące się ku zachodowi słońce świeciło w oczy, a wiatr wiejący z północy nasilał się. Wreszcie dojechaliśmy do wioski rybackiej, przed którą zobaczyliśmy tabliczkę Soya Misaki. Przejechaliśmy przez wieś i na zakręcie za ostatnimi budynkami po prawej ukazał nam się niewielki pomnik z granitu w kształcie trójkąta, wyznaczający punkt 45 stopni 31 minut i 22 sekundy. Jest to najbardziej wysunięty na północ punkt Japonii. Udało się!!! Udało nam się przejechać od Sata do Soya po przejechaniu 4100 km !!!

Słońce zachodziło, wiał silny, zimny wiatr, my zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, a do naszych uszu docierały dziwne dźwięki jakby porykiwanie. Nieopodal była niewielka wyspa, na której wylegiwały się jakieś duże ssaki morskie, prawdopodobnie lwy morskie. Nie wiemy niestety dokładnie co to było, ale ich ryk niósł się na kilometry. Był to ciekawy akompaniament dla jakże podniosłej chwili dla nas. Chwila nie trwała długo. Zimny wiatr szybko zmusił nas do znalezienia schronienia na noc. Nie daleko na wzgórzu znajdował się Soya Park. Park poświęcony wielu zdarzeniom i historiom związanym z tym miejscem. Była też całkiem ładna toaleta za którą rozbiliśmy namiot chroniąc się przed podmuchami wiatru, a w jej przedsionku ugotowaliśmy uroczystą kolację i skorzystaliśmy z prądu do podładowania baterii.

_1090316Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Ku morzu Ochockiemu

Poranek w Tanno był bardzo ciepły. Obudziliśmy się nie dlatego, że budzik zadzwonił, a dlatego że z namiotu zrobiła się szklarnia. Zapowiadał się kolejny dobry ciepły dzień. Na dzień dobry trochę podjazdów i szybkich zjazdów. Jak te drugie szły nam dobrze to podjazdy w takim skwarze były lekkim wyzwaniem. Po 26 kilometrach odbiliśmy na północ. Jazda już nie szła tak dobrze bo odcinek 8 km jechaliśmy pod silny wiatr od Morza Ochockiego. Tak dotarliśmy do jeziora Saroma, dużego jeziora oddzielonego od morza wąskim skrawkiem lądu. Jechaliśmy kawałek wzdłuż niego aż naszym oczom ukazało się Morze Ochockie.

Zatrzymaliśmy się na chwilę w Kerochi by zjeść lody. Gdy chodziliśmy się w cieniu automatów z napojami nie wiedzieliśmy, że za rogiem stoi lokomotywa z dwoma wagonami z czego jeden był sypialny z matami tatami pod jedną ze ścian. Można było za 150 jenów spędzić w nim noc.

Wróciliśmy na drogę by pokonywać dalsze kilometry. Po drodze nie działo się nic szczególnego. Po prawej morze, po lewej pastwiska lub bambus. Czasem zatrzymywaliśmy się popatrzeć na orły szybujące na wietrze w poszukiwaniu zdobyczy. Jakoś tak czas powoli płynął, a my tylko spoglądaliśmy na liczniki i sprawdzaliśmy ile jeszcze nam zostało do przejechania.

Tak dotarliśmy do Monbetsu miasteczka niczym nie wyróżniającego się od poprzednich. Zajechaliśmy na zakupy do naszego ulubionego Aeonu, którego dawno nie widzieliśmy. Z pełnymi sakwami jedzenia chcieliśmy przejechać jeszcze parę kilometrów by poszukać miejsca na nocleg. Nawet szybko jechaliśmy, ale czas był szybszy i nie udało nam się dojechać do Okoppe, w którym chcieliśmy spać. Zatrzymaliśmy się 9 km przed w jakiejś wiosce rybackiej.

Nawet sprawnie wstaliśmy rano i bez śniadania ruszyliśmy do Okoppe. W centrum miasta znajdował się parking drogowy. Są to miejsca zupełnie inne niż te znane z naszych rodzimych dróg. Zazwyczaj znajdują się w jakiś ciekawych miejscach widokowych, posiadają całą niezbędną infrastrukturę jak toalety, restauracje, sklepiki z lokalnymi produktami spożywczymi i pamiątkami, automaty z napojami i czasem mlekiem, punkt informacyjny itp… W całej Japonii takich parkingów jest parę setek i na każdym można sobie postawić pieczątkę w specjalnej książeczce. Na każdy parking jest osobna strona z opisem zdjęciem i miejscem na stempelek.

Zatrzymaliśmy się na takim parkingu przy którym znajdował się wielki trawnik z mleczami i stokrotkami, wiatki z kranami, stoły z grillami oraz stary pociąg, w którym za 150 jenów można spędzić noc na tatami. Ulokowaliśmy się zaraz przy pociągu i rozpoczęliśmy procedurę śniadaniową. Tego dnia coś specjalnego czyli naleśniki, którymi wzbudziliśmy dość duże zainteresowanie wśród odwiedzających pociąg.

Najedzeni chwilę przed 12:00 wróciliśmy na trasę. Mimo późnego startu droga przebiegała nam dość szybko, a na licznikach pojawiały się kolejne kilometry. Jak już jechaliśmy wzdłuż wybrzeża Morza Ochockiego to oczywiście nie mogło się odbyć bez rytualnego zamoczenia rąk w kolejnym dużym zbiorniku wodnym. Dokonaliśmy tego na plaży, która dymiła. W jednym miejscy z plaży i wody unosiła się mgła. Gdy włożyliśmy ręce do wody, albo wykopaliśmy dołek, woda która się zebrała w nim była ciepła, miała z 25˚C. Miło było tak sobie zagrzać łapki.

Pod koniec dnia dotarliśmy do Esashi gdzie na cyplu na specjalnie przygotowanym miejsc na namioty, gdzie znajdowały się toalety i wiatki zostaliśmy na noc.

_1090031Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Bagna, żurawie i moczenie tyłka w 52*C

Z przedmieść Kushiro ruszyliśmy w stronę bagien Kushiro. Największego w Japonii terenu podmokłego będącym rezerwatem przyrody oraz jedynym siedliskiem Żurawi japońskich w tym kraju. Najpierw mieliśmy parę podjazdów nawet wymagających do tego pogoda nam się poprawiła i było ciepło w słonecznych promieniach. Po drodze zajechaliśmy do Eco Museum Center, położone nad samym jeziorem na granicy z bagnami. Centrum przypominało znane nam Centrum Informacji i Edukacji Ekologicznej w Gdańsku. Przyjął nas w nim bardzo miły pan, który od wielu lat zajmuje się ochroną i badaniem tego terenu. Na pamiątkę zrobiliśmy sobie zdjęcie i dostaliśmy dwa żurawie z origami.

Zjechaliśmy z trasy by wjechać w gruntową drogę prowadzącą przez środek bagien. Nieopodal znajdował się wysoki piaskowy klif, na który się wdrapaliśmy. Ze szczytu rozpościerał się widok na połowę bagien, przez które przepływała rzeka chętnie wykorzystywana na spływy kanu… może następnym razem. Żałowaliśmy, że drzewa nie mają liści bo widok byłby jeszcze bardziej oszałamiający. Parę kilometrów za parkiem znowu widzieliśmy parkę białych żurawi, dumnie stojących na łące.

Mimo jeszcze wczesnej godziny oświetlenie zrobiło się bardzo dziwne. Słońce było jakby za pomarańczowym filtrem dając niesamowity efekt. Jechaliśmy tak w stronę kolejnego Parku Narodowego Akan. Znajduje się on we wschodnio-centralnej części Hokkaido. Obejmuje on obszar górzysty, w obrębie którego znajdują się wulkany, trzy jeziora i gorące źródła. Z trzech jezior wybraliśmy Kussharo największe na Hokkaido i drugie co do wielkości w Japonii. Znajduje się na nim ogromna wyspa i półwysep Wakoto, na którym planowaliśmy spędzić nocleg.

Dojechaliśmy na miejsce o zachodzie słońca. W znanym przewodniku na „M” to miejsce było opisane jako bardzo atrakcyjne z kempingami, posiadającymi gorące źródła, hotele a wokół znajdują się restauracje. Hmm lekko rzecz biorąc informacje się nie zgadzały. Były dwa kempingi, jeden z drewnianymi domkami jak za komuny, drugi jeszcze nieczynny, bo w budowie. Hotel był, ale z powybijanymi szybami i dziurami w podłodze. Natomiast naturalny onsen na brzegu jeziora był oblegany przez nagich rolników po 70-ce obojga płci. Na nocleg wybraliśmy jeszcze nieczynny kemping (nie ma to jak być pierwszymi „klientami”), natomiast z onsenu postanowiliśmy skorzystać z rana.

Gdy zaczęliśmy się rozpakowywać zauważyliśmy, że przy budynku recepcji ktoś chodzi, więc poszliśmy by się dowiedzieć czy w ogóle możemy tu nocować. Niestety jak podeszliśmy już nikogo nie było. Wracając na miejsce obozowiska odkryliśmy, że część naszych rzeczy została splądrowana. Złoczyńcą był czarny gawron, który szybko się zorientował, że Justyna zostawiła nie zamkniętą sakwę i korzystając z okazji porozrzucał zawartość po kempingu. Jego łupem padło opakowanie masła czekoladowego i na szczęście nic więcej.

Noc na szczęście była spokojna, a i onsen pusty więc nie czekając chwili wskoczyliśmy do gorącej wody, o temperaturze 52˚C. My sobie tak siedzieliśmy i spoglądaliśmy na jezioro i góry a obok nas przepełzał sobie półtorametrowy wąż. Kąpiel była bardzo przyjemna, ale czas było ruszać w drogę. Słońce przypiekało a my mieliśmy przed sobą 17 kilometrów podjazdu. Powolutku obrót korby za obrotem i tak przejeżdżając koło resztek śniegu jeszcze z zimy dotarliśmy na przełęcz 493 m n.p.m. Chwila odpoczynku i śmignęliśmy w dół. Był to zjazd gdzie przez 10 km nie przekręciliśmy korbą ani razu, a prędkość wahała się pomiędzy 40 – 50 km/h.

W bardzo ciepłej aurze dojechaliśmy do Bihoro, miasteczka, które z wyglądu przypomina te znane z filmów amerykańskich. Szeroka ulica, wszech obecne druty, sklepy na parterze a mieszkanie na piętrze oraz duże lokale usługowe i sklepy. Wszyscy mieszkańcy poruszają się samochodami, tylko dzieci ze szkoły idą pieszo albo jadą rowerem. Taki obraz małego miasta widzimy często na Hokkaido.

Pokręciliśmy dalej ale za daleko nie ujechaliśmy. Godzina była już późna, więc zatrzymaliśmy się na nocleg na polu golfowym, rozbijając namiot na wyspie z wiatką.

_1080952Kliknij na zdjęcie, a przejdziesz do galerii.
PASEK 2

Opublikowano Japonia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz